New Year in Israel: Tel Aviv

CAM04346

W Izraelu spędziliśmy zaledwie cztery dni, podczas których udało nam się zwiedzić Tel Awiw i Jerozolimę. Mimo tak krótkiego czasu ten kraj stał się jednym z moich ulubionych, ale Tel Awiw to miasto, w którym mogłabym żyć. Gdybym jeszcze umiała surfować to życie tam byłoby zdecydowanie fantastyczne 😉

We spent four days in Israel and we managed to visit Tel Aviv and Jerusalem. Despite this short time Israel became one of my favourite countries and Tel Aviv is the city I could live in. If I only could surf… life would be fantastic over there 🙂

Podczas pobytu na Erasmusie w Chorwacji planowałam jakiś krótki wyjazd noworoczny, najlepiej poza Europę, ale dość blisko. Ustaliliśmy z Maćkiem, że szukamy okazyjnych biletów do Stambułu albo Tel Awiwu i wtedy niespodziankę zrobił nam LOT. Decyzję podjęliśmy w kilkanaście minut, a kilka godzin później okazało się, że dołączy do nas jeszcze Magda i tym sposobem pierwszego stycznia mieliśmy lecieć na Bliski Wschód, woohoo!

During my Erasmus in Croatia I was planning a short trip around New Year and I was looking for something outside Europe but not too far. We made a deal to seek tickets to Istanbul or Tel Aviv and polish airlines LOT made us a surprise. We decided to go in a few minutes and some hours later we got to know that another friend – Magda – is joining us. This way we were flying to Middle East on 1st days of 2015!

10891928_10205948711142572_452786402269814446_n

Chcieliśmy lecieć tanio, a tanio często znaczy niewygodnie. Wylot był przed północą, więc dolecieliśmy na noc i po raz kolejny mogłam spać (lub próbować) na lotnisku. Do centrum miasta dojechaliśmy pociągiem i przecieraliśmy oczy ze zdumienia – dosłownie wszędzie byli młodzi ludzie z wojskowych mundurach, siedzący obok nas faceci mieli broń chyba wyższą ode mnie, czuliśmy się dość dziwnie. Potem okazało się, że jest ich wszystkich znacznie więcej, szczególnie w Jerozolimie tłumy żołnierzy były trochę przerażające ;p

We wanted to go on budget what usually means not very confortable. The flight was around midnight so we arrived late and once again I was trying to sleep at the airport. In the morning we reached city centre and we could not belive our eyes – everything was covered by the soldiers, some of them sit near us with big guns what made us feel odd. Later on there were ever more of them which was a bit terryfing ;p

Rezygnując z couchsurfingu na rzecz hostelu zarezerwowaliśmy nocleg w – podobno – najbardziej niebezpiecznej dzielnicy miasta (miejsce imigrantów, hipsterów i ulicznych artystów) – Florentine. Faktycznie, droga z dworca do hostelu to jakieś 20 minut i przez ten czas 99% spotkanych osób było z Afryki, ale nie zauważyłam, żeby działo się tam coś dziwnego, dzielnica ta owiana jest złą sławą jak warszawska Praga, ale nie czuliśmy się tam niebezpiecznie. Nasz hotel to absolutny hit, takiej masy ludzi z całego świata w jednym tego typu miejscu nie widziałam nawet w Bangkoku. Śniadanie na dachu, pod palmą i w okularach przeciwsłonecznych to zachęta sama w sobie, a jeśli to samo dzieje się w styczniu to nie chce się wychodzić. Fantastycznie miejsce, gdzie sporo ludzi mieszka za darmo, pracując w recepcji wieczorami. Wszyscy kochają Tel Awiw i nawet siedzenie na tarasie hostelu po nocnej zmianie w tym mieście wydaje się być fascynującym.

We resigned from couchsurfing in favor of hostel. We booked it in the district that is said to be dangerous. Florentine is known as a place for immigrants, hipsters, artists. In fact, during our walk through this place we have only seen people from Africa but it did not make us feel bad (come on). Our hostel was just awesome – people from all over the world, even more cosmopolitan than in the places I visited in Bangkok. Breakfast on the rooftop, under the palmtree, in sunglasses – it sounds cool itself, but when it is happening in January – I dont wanna leave! A fantastic place where many people live for free volunteering at the reception – everyone loves Tel Aviv so it is better to stay there, on the terrace, after the night shift, that to do anything else 😉

IMG_3381_DxO

                         IMG_3399   IMG_3400                    CAM04530

Zwiedzanie zaczęliśmy od starego miasta – Old Jaffa, korzystając z Free Walking Tour (tym sposobem zwiedziłam 4 miasta i nigdy się nie zawiodłam). Dzielnica znana jest ze starożytnego portu, jednego z najstarszych na świecie, znajduje się tam meczet Mahamoudia z XII wieku oraz nieczynna latarnia morska. Znakiem rozpoznawczym jest wieża zegarowa. Historycznie jest to miejsce zamieszek i konfliktów między ludnością żydowską i arabską. Przewodnik wspominał o tym, że jest to dzielnica typowo turystyczna (jak wszystkie miejsca zwane starym miastem w sumie), z wyższymi cenami i tak dalej, nie zmienia to jednak faktu, że okolica jest bardzo przyjemna w odbiorze. Wąskie, kamienne uliczki, niebieskie okiennice, drzewka pomarańczowe i Morze Śródziemne – czego chcieć więcej? Jest tam także pchli targ oraz wiele uliczek targowych z pamiątkami, rękodziełem, ale co najważniejsze – z świeżo wyciskanymi sokami, pełnia szczęścia. Zważywszy na fakt, że był 2 stycznia, nie obyło się bez okryć wierzchnich, ale i tak byliśmy zachwyceni słońcem i atmosferą. Po wycieczce oddaliliśmy się w kierunku wybrzeża i aparatem próbowaliśmy łapać fale 🙂 Mogłabym stamtąd nigdy nie wracać…

We started sightseeing in Old Jaffa, using Free Walking Tour (which is the way I visited four cities and I was always satisfied about it). The district is known for its ancient port, which is one of the world’s oldest. There is also the mosque from 12th century named after Mahamoudi and the lighthouse that is not working anymore. A hallmark of this part of the town is a clock tower. Looking back in time the place was known from riots ad conflicts between Jewish and Arabic people. Our guide told us that this district is a typical touristic place with high prices and many visitors, anyway it was really beautiful area and I felt really good being there. Narrows streets, blue shutters, orage trees, the Mediterranean Sea – what else can I ask for? There is also a flea market and so many commercial streets with souvenirs and handmade stuff, but what is importnat to me – fresh juices are everywhere, yaay! Despite we still had to wear jackets (was January anyway) we were really impressed and happy about the weather and the atmosphere. After the trip we went to the coast trying to catch the waves with the camera 😉 I could stay forever I guess…

961468_10200147197839156_1915170467_n

10407168_791313467570755_1412117546955971876_n

10884949_10206367017717517_1579100250_n
10893887_10206367017437510_1244715385_n

                                           10893477_10206367017797519_164695746_n             IMG_3323

 IMG_3329 IMG_3330

IMG_3334

IMG_3336

IMG_3338

IMG_3347

IMG_3342

IMG_3348 IMG_3349 IMG_3353 IMG_3354 IMG_3356

IMG_3360                                   IMG_3361

                               IMG_3364

IMG_3382 IMG_3388

IMG_3390 IMG_3391 IMG_3395 IMG_3396

IMG_3383

CAM04322

CAM04343

 CAM04356 CAM04365  CAM04397 CAM04406 CAM04459  CAM04328  CAM04339

CAM04367

CAM04346

 CAM04382  CAM04694

Po nocnym locie i spaniu (Maciek) albo próbach spania (Magda i ja) oraz kilku godzinach zwiedzania byliśmy dość zmęczeni. Chcieliśmy odpocząć w hostelu, a najpierw coś zjeść. Nie byliśmy do końca przygotowani na to, że w czasie szabatu sklepy (te żydowskie) są zamykane po południu, więc po butelkę wody musieliśmy udać się na długi spacer. Zaowocował on dodatkowo piwem brzoskwiniowym oraz hummusem w bardzo fajnej dzielnicy, pełnej klimatycznych knajpek, które też chwilę później się zamykały. Menu tylko po hebrajsku – wyzwanie, hummus – rewelacja!

After the night flight and sleeping (Maciek) or trying to (Magda and me) as well as after a few hours walking through the city we were quite tired. We wanted to take some rest in the hostel and eat something but we got to know that during Shabbat shops (Jewish ones) are being closed early. It made us walk a bit to find a bottle of water but it also gave us a chance for nie peach beer and great hummus in a really nice neighbourhood. Manu only in hebrew? – a challenge! Hummus – woah!

10904863_10206367010677341_149725144_n

Planowana godzinna drzemka trochę się przedłużyła, za to mieliśmy okazję poznać wprawionych podróżników na naszym tarasie – niektórzy ludzie, przede wszystkim z krajów Europy Zachodniej, mieszkają tam miesiącami i nie narzekają na nudę. Hostel oferuje łóżka na dachu, przy czym dach jest ogólnodostępny, więc osoby, które wykupiły sobie najtańszy nocleg muszą zmierzyć się z grupami pijących, palących i grających na gitarze podróżników, siedzących na ich łóżkach. Wyglądało na to, że absolutnie nikomu to nie przeszkadzało.

We planned an hour long nap but we stayed a bit longer in the hostel, getting to know people who really do travel and stay for long time in the city. Some of them spend there months and still love it! The hostel offers beds on the roof while the roof is also a terrace so people who booked those beds had to deal with others who drink, smoke and play guitars at the same time, on their couch. Nobody seemed to have an issue!

Wieczorem wybraliśmy się na spacer po najbardziej nowoczesnej dzielnicy miasta, gdzie znajdują się siedziby korporacji, biurowce, hotele. To miasto jest naprawdę przepiękne! Nocą przeszliśmy się po plaży i wszyscy żałowaliśmy, że nie wybraliśmy się tam wiosną (do zrobienia!). Ogromne fale, bryza morska, pięknie oświetlona nadbrzeżna część miasta, niektórzy zaliczyli nawet moczenie stóp (styczeń!)…

In the evening we went for a walk in the modern distrct with all the offices and hotels. This city is really beautiful! At night we went to the beach, regreting only the fact that we did not come in spring (TO BE DONE). Great waves, the breeze, lights in the city and some of us also soaked (January ;p)…

CAM04506

Kolejny dzień zaczęliśmy śniadaniem na dachu. Jako, że jestem fanatyczną palm i egzotyki w każdym wydaniu, nie mogłam przestać się uśmiechać, gdy jedliśmy w promieniach słońca, bez kurtek, na zewnątrz, pod palmą. Obok chłopak z dredami palił coś równie egzotycznego jak całe miasto, ktoś grał na gitarze, mnóstwo osób gotowało, nie chciało się nawet stamtąd wychodzić. Jednak był to nasz ostatni dzień w Tel Awiwie, przed wyjazdem do Jerozolimy, więc trzeba było zobaczyć jak najwięcej!

The next day we started by the breakfast on the rooftop. As I am a freak for palmtrees and exotic stuff in every meaning I could not stop smiling having breakfast in the sunlight, without jackets, outside, under the plamtree. The was a guy next to us smoking something equally exotic as the city itself, someone was playing guitar, many people cooked, I did not want to leave… But it was the last day in tel Aviv before we headed to Jerusalem, so we had to go see the city!

                       CAM04511  CAM04514

Spacerem udaliśmy się do dzielnicy zwanej Białe Miasto, znanej z modernistycznej architektury. Budynki w stylu Bauhaus zostały wpisane na listę UNESCO. Okoliczne ulice oraz Bulwar Rothschilada zachwycały drzewkami pomarańczowymi, kwiatami i… kotami. Prawie jak na Bałkanach. Po drodze niezliczona ilość parków, słońce, lekki wiatr. Jednak w pewnym momencie oberwanie chmury zmieniło miasto nie do poznania. Wszyscy ludzie z psami, dzieci grające w piłkę, spacerowicze chowali się pod przemakający daszek. Wakacje zmieniły się w ucieczkę przed deszczem. Kiedy nieco się wypogodziło udaliśmy się do wielkiego parku, gdzie na mokrej ławce znaleźliśmy smartfona (Izrael…). Na miejscu był zbiornik wodny ze złotymi rybkami i mnóstwo leżaków. Popołudnie pod palmą? Checked 🙂 Zaliczyliśmy też kolejną wyprawę do portu, tym razem starego, który miał być przeciwwagą dla arabskiej Jaffy. Pogoda znów się załamała, jednak nie przeszkodziła to rzeszom surferów bawić się w najlepsze. Kocham to miasto!

We walked quite a lot to the district called White City, known for its modernistic architecture. Those buildings in Bauhaus style were put on the UNESCO list. The nearby streets and Rothschilad Boulevard were impressive with their orange trees, flowers, cats – almost like in the Balkans! On the way we passed through many nice parks, was sunny, windy, lovely. Suddenly there was raining cats and dogs, the city changed totally, everyoone was just running away. After it stopped (quite a long time) we went to a huge park (and found a smartphone on the bench, Israel lol). There was a body of water with golden fish and many sunbeds. The afternoon under the palmtree? Checked 🙂 We also managed to go to the port, this time the old one which was supposed to be a competition for arabic Jaffa. Weather again broke but many surfesr were still enjoying the waves. I love this city!

IMG_3402 IMG_3415 IMG_3418 IMG_3419 IMG_3421  IMG_3431 IMG_3437 IMG_3442

IMG_3444

IMG_3451

IMG_3422IMG_3459 IMG_3462 IMG_3464 IMG_3487 IMG_3491 IMG_3497 IMG_3508

IMG_3509

IMG_3521

IMG_3525

IMG_3403

IMG_3404

IMG_3408 - Kopia

IMG_3446 IMG_3449 IMG_3466 IMG_3519 IMG_3525 CAM04537

CAM04558

CAM04563 CAM04568 CAM04579 CAM04590 CAM04678 CAM04703

Aż chciałoby się zaśpiewać “O jak ja kocham to miejsce…”. Kolejny przystanek – Jerozolima, inna, ale równie fascynująca.

And the only thing I wanted to say was “I am not going back”… The next stop was Jerusalem, different, but equally fascinating. Until next time 🙂

Advertisements